Slider

środa, 13 lutego 2019

Alone - recenzja

Wszyscy wiemy że w kosmosie nikt nie usłyszy twojego krzyku... tym bardziej jeśli jesteś zamknięty na stacji kosmicznej zupełnie sam, a dookoła aż roi się od pasożytów, mackostworów, szalonych kultystów i kosmozombie. No dobra tak naprawdę to całe to tałatajstwo usłyszy ten krzyk, ale w sumie nie musisz się tym przejmować, bo nawet jeśli będziesz cicho, to i tak zło doskonale wie gdzie się z najdujesz, za to ty nie wiesz o swoim otoczeniu kompletnie nic i jedynie od czasu do czasu słyszysz jakieś powodujące dreszcze odgłosy. Wiesz tylko, że coś cię ściga i że za pościg odpowiada więcej niż jeden umysł! Mniej więcej taki klimat panuje w ufundowanej w zeszłym roku na Kickstarterze grze Alone, wydawnictwa Horrible Games. Ostatnimi czasy Horrible Games jest jednym z moich ulubionych zagranicznych wydawców, a obok gier współautorstwa  jego założyciela, Lorenzo Silvy też nie potrafię przejść obojętnie. Co prawda do tej pory wydawnictwo wypuszczało raczej leciutkie tytuły (Wojownicy Podziemi, Zamek Smoków, Raise your Goblets), a tutaj mamy do czynienia z pełnowymiarowym ameri z figurkami, dużym pudłem i trzema instrukcjami, ale i tak nie mogłem odpuścić sobie przetestowania tego tytułu. Zwłaszcza, że gra odwraca klasyczne założenie dungeon crawlerów z jednym złym (tzw. overlordem) i drużyną dobrych bohaterów. Tutaj mamy do czynienia z kilkoma overlordami spiskującymi przeciwko jednemu samotnemu bohaterowi. Pora się więc przekonać, czy ten kosmiczny dungeon crawler z ciekawym twistem przypadł mi do gustu.


Ale najpierw wygląd gry. Ciemne pudełko, z okładką utrzymaną w mrocznej stylistyce, zawiera całkiem sporo dobra. Jak na klimatyczne ameri przystało, znajdziemy tutaj sporo figurek. Nie są to może najbardziej szczegółowe miniaturki jakie widziałem i taki np. CMON pewnie zrobiłby je lepiej, ale zdecydowanie daleko im do plastikowych prawie pionków, jakie czasem spotykamy w grach. Generalnie są wykonane dobrze i na tyle szczegółowo, żeby podkreślić klimat tytułu oraz łatwo się je rozróżniało. Dodatkowo wszystkie mają swoje miejsce w wyprasce, więc nie ma większych szans, żeby coś się w nich uszkodziło. Po wyjęciu z pudełka żadna nie była nawet wygięta (a wiadomo, że zdarza się to dość często). Nie tylko figurkami człowiek żyje, nawet ten miłujący się w ameri. Zatem co jeszcze znajdziemy w pudełku? Całą masę dobra w postaci kafli planszy, planszetki na której zaznaczamy postęp gry i śledzimy poczynania (zagrane karty) złych, zasłonkę za którą kooperujący gracze ukrywają przed bohaterem pełną mapę stacji kosmicznej, rozmaite żetony, karty dla złych oraz przedmiotów i pomocników dla tego dobrego oraz customowe kostki. Wszystko spójne graficznie i dobre jakościowo. Stylistycznie projekty postaci utrzymane są gdzieś pomiędzy Obcym, Chtulhu, a komputerową grą Halo, więc jeśli lubicie takie tematy, to będziecie zadowoleni. Jeśli chcecie zobaczyć komponenty na klimatycznie zaaranżowanych zdjęciach (ja znam swoje ograniczenia i nie próbuję zrobić tak dobrych fotek) to odsyłam do sesji Mateusza na BoardgameShot. Ja może nie jestem jakimś wielkim fanem kosmicznych horrorów, ale muszę przyznać, że wygląd Alone bardzo mi się podoba.


Przejdźmy więc do rozgrywki. Jej zasady zostały opisane w trzech instrukcjach. Jedna to wprowadzenie do gry, a pozostałe dwie to spis reguł grania każdą ze stron. Taki podział sprawia, że w sumie nie musimy czytać całości, wystarczy tylko, że zapoznamy się z wprowadzeniem i zasadami dotyczącymi naszej frakcji. W odpowiednim, przyzwyczajonym do tego typu gier, gronie takie rozwiązanie jak najbardziej się sprawdza. W przeciwnym wypadku czeka nas trochę tłumaczenia reszcie graczy. Na szczęście sama rozgrywka nie jest przesadnie skomplikowana i zasady dwóch stron ładnie się zazębiają. Jedyne czego mi brakowało w instrukcjach to jakiś porządny opis kart i FAQ, bo jakieś tam wątpliwości czasem się pojawiały. Sama rozgrywka jest oczywiście ogromnie asymetryczna i w zależności od tego, którą stroną gramy, będziemy robić zupełnie inne rzeczy. Nie będę się rozpisywał, ale w skrócie opiszę tylko co robią i chcą osiągnąć gracze po obu stronach.
  • Bohater - biega po omacku po stacji, praktycznie nie mając pojęcia gdzie się znajduje. Jego celem jest przeżycie i spełnienie jednego z dwóch mniejszych oraz głównego celu scenariusza. Aby to osiągnąć przeszukuje pomieszczenia, korzysta z rozmaitych przedmiotów (które może też ulepszać), walczy z bestiami, próbuje zlokalizować pomieszczenia przypisane do konkretnych celów, zdobywa nowe umiejętności, a na dodatek próbuje zapamiętać jaką drogę już przebył (bo pamięć jego radaru wystarcza tylko na jedną rundę).
  • Zło - próbuje przeszkodzić bohaterowi w wykonaniu celu i generalnym przeżyciu całej tej przygody. Gracze po tej stronie mają o tyle łatwiej, że za ich zasłonką znajduje się cała mapa stacji i cały czas znają lokalizację bohatera, celów i potworów. Korzystając z dwóch talii kart reakcji wysyłają na stację bestie, podkradają się nimi do dobrego gracza, atakują go, straszą, korzystają z wszechobecnego mroku i rozkładają na planszy żetony niebezpieczeństwa. Mogą się też ze sobą komunikować, chociaż nie mogą sobie pokazywać kart, a rozmowy są cały czas słyszane przez przeciwną stronę.
Mniej więcej tak to wygląda dla każdej ze stron, a gra toczy się przez kilka rund (po osiem tur każda). Jeśli znacznik na torze rund przesunie się maksymalnie na lewą stronę, gra wchodzi w tzw. tryb koszmaru, potwory stają się silniejsze, a bohater traci na końcu każdej rundy dwa punkty samokontroli. Rozgrywka kończy się gdy uda się wykonać główny cel (dobro zwycięża) lub gdy bohater umrze przed jego spełnieniem (zwycięża zło). To tyle jeśli chodzi o ogólnikowy zarys gry.


Pora na opinię. Co prawda, nie mam zbyt wielkiego doświadczenia z ameri (nie mam do nich ekipy), a dungeon crawlery w trybie 1 vs reszta prawie w ogóle nie lądują u mnie na stole, to muszę przyznać że Alone bardzo mi się podoba. W przypadku tego tytułu naprawdę wiele dało odwrócenie klasycznego schematu: kilku dobrych kontra jeden zły. Pomogło to zbudować napięcie i poczucie niebezpieczeństwa wokół gracza wcielającego się w bohatera. Plus miliard do klimatu. Taka mała zmiana, a dzięki niej czuje się w grze masę innowacji. Całkiem przyjemnie rozwiązano tutaj też kooperację złych. Nie ma chyba prostszego zabiegu przeciwko graczom alfa niż zakazanie im pokazywania sobie kart. Tutaj też zadziałało. Dzięki temu nigdy nie mają pewności co reszta złych ma w planach, a nie wszystko mogą sobie mówić, bo ocalały pozna ich plany, przez co dużo łatwiej będzie mu grać. Dlatego też muszą się starać domyślić co inni gracze mają na ręku i próbować uzupełniać się wzajemnie. Jest to możliwe, dzięki cechom charakterystycznym poszczególnych talii reakcji. Np. jedna z nich sprawia, że potwory są silniejsze, natomiast inna wpływa na ich zdolność ruchu. Da się to ładnie połączyć i stworzyć prawdziwe maszyny do zabijania.
Największą zaletą tego tytułu jest wspomniany wcześniej klimat. Jako bohater naprawdę czujemy ciągły stres i zagrożenie. Plansza znika nam z pamięci radaru co rundę, próbujemy wyczuć skąd nadejdą przeciwnicy po hałasie który generują, błądzimy po omacku starając się nie dać pożreć i odnaleźć metodą prób i błędów odpowiednie pomieszczenie. Mega doświadczenie, zwłaszcza dla bohatera!


Ogromnym plusem gry jest też moim zdaniem regrywalność. Mamy tu kilku potencjalnych bohaterów i każdym gra się nieco inaczej, losowe ustawienie planszy, cztery talie reakcji dla złych, masę misji pobocznych i głównych. Jeśli dowolne kombinacje tych wszystkich czynników nam nie wystarczą, to na dodatek możemy rozegrać jeszcze kampanie składającą się z 12 fabularyzowanych scenariuszy, w których misje są nieco inne niż w przypadku grania normalnie. A jeśli to wszystko, to wciąż za mało, to mamy jeszcze kilka dodatkowych gadżetów z minirozszerzenia i ekskluzywnych rzeczy z kampanii kickstarterowej. Mi to wystarcza! Jeśli chodzi o wady, to poza wspomnianym wcześniej braku FAQ i jakiegoś opisu kart, praktycznie nie bardzo mam na co narzekać. Może na nadmiar rozmaitych żetonów, który sprawia że rozgrywka wydaje się być ciut nieporządna. Skalowanie jest w porządku, chociaż chyba złoty środek przypada na trzech graczy. Mamy wtedy w grze kooperację złych, a jednocześnie wszyscy są cały czas zaangażowani. W cztery osoby jeden ze złych może się czasem nudzić. Poziom trudności rozgrywki dla bohatera stale wzrasta, przez co łatwiej jest nam pokazać grę nowym osobom. Na początku, dobry gracz biega po prawie pustej stacji, zbiera graty i zapala światła. Z każdą kolejną turą otoczenie staje się coraz bardziej niebezpieczne i pełne potworów. Dodatkowo jeśli bohater za bardzo się ociąga, gra wymusza na nim pośpiech trybem koszmaru.


Alone to jeden z bardziej klimatycznych dungeon crawlerów w jaki miałem okazję do tej pory zagrać. Knucie jako Zło, czy bycie przerażonym jako Bohater. W obu przypadkach bawimy się świetnie. Uwielbiam to, że instrukcja ostrzega nas, że gra potrafi być stresująca przy rozgrywce dobrą stroną... naprawdę taka jest, ale robi to w dobry sposób. Gubienie się i zapominanie dokąd prowadzi dana ścieżka i jakie potwory mogą czaić się za rogiem jest straszne i świetne jednocześnie. To z całą pewnością innowacyjna gra, więc nawet jeśli nie jesteście fanem gatunku, warto dać Alone szanse!

Plusy:
+ Klimat!
+ Odwrócenie klasycznego schematu dungeon crawlerów
+ Porządne wykonanie
+ Tona regrywalności
+ Granie obiema stronami daje frajdę

Minusy:
- Brak FAQ i jakichś zebranych wyjaśnień kart



Kamil Lazarowicz

Dziękuję wydawnictwu Horrible Games za udostępnienie gry










1 komentarz: