Slider

piątek, 18 stycznia 2019

Gùgōng - recenzja

Kiedyś w Polsce krążyło piękne przysłowie traktujące o łapówkach: "W tym kraju tylko ryby nie biorą". Okazuje się, że w Chinach za czasów panowania dynastii Ming, powiedzonko byłoby równie zasadne. Możemy doświadczyć tego w grze  Gùgōng, wydanej nie tak dawno temu po polsku przez Games Factory. Wcielamy się w niej w przedstawicieli znamienitych chińskich rodzin, którzy za pomocą wartościowych prezentów dla urzędników państwowych, próbuja wywalczyć sobie wyższą pozycję oraz audiencję u miłościwie panującego Cesarza Longqinga. Co ciekawe, kary za łapówkarstwo w ówczesnym okresie były bardzo wysokie, więc urzędnicy, aby zmylić innych, również dają nam prezenty... tyle że o mniejszej wartości :-) Wraz z Marcinem udało nam się sprawdzić, jak ten dość nietypowy temat został przeniesiony na planszę i możemy podzielić się naszymi opiniami.


Gùgōng można bez problemu zaliczyć do gier tupu europejskiego. Najczęściej nie są one wybitnie śliczne, ale w tym przypadku zdecydowanie warto zatrzymać się na moment przy wykonaniu. Tytuł ten zdecydowanie należy do ładniejszych przedstawicieli gatunku. Pudełko średniej wielkości ozdobiono ilustracją przedstawiającą scenę wręczania "prezentu"urzędnikowi. W środku znajdziemy całą mase dobra, jak np. pionki ludzików na koniach, meeple przedstawicieli naszych rodzin, kosteczki przedstawiające naszych pracowników, planszetki graczy, drewniane kości, tonę tekturowych żetonów oraz karty prezentów. Wszystko jest porządnie wykonane i miłe dla oka. Najprzyjemniejsze wrażenie sprawia dwustronna plansza, podzielona na obszary z akcjami. Jest szczegółowa i pełna kolorów. W trakcie produkcji popełniono dwa błędy i zdublowano jedną kartę prezentów oraz żeton dektretu, ale nie jest to poważna przeszkoda i nie wpływa w żaden sposób na rozgrywkę, po prostu zmniejsza odrobinę regrywalność. Co ciekawe miałem okazję grać również w wersję deluxe ufundowaną na kickstarterze, ale wyjątkowo nie czułem jakiegoś ogromnego żalu, że sam mam zwykłe wydanie. Owszem zamiast kosteczek robotników mamy meepelki, a zamiast zwykłych tekturowych żetonów grube znaczniki z tworzywa, ale różnic nie ma aż tyle i odczucia estetyczne miałem bardzo zbliżone. Jedyne czego mi brakuje w zwykłej edycji, to fenomenalna wypraska z Game Trayz, która ułatwia rozkładanie gry, ale jestem w stanie poradzić sobie bez niej.


Zanim przejdę do swojej opinii o grze, oddam na chwilę głos Marcinowi, żeby przybliżył wam przebieg rozgrywki:
W Gùgōngu rozgrywka toczy się przez 4 rundy. W każdej z nich gracze będą starali się jak najlepiej wkorzystać swoje karty - prezeznty dla urzędników. Plansza jest podzielona na kilka stref, a w każdej z nich leży karta. W swojej turze gracz wybiera jedną ze swoich kart i podmienia ją z tą na planszy i jeśli jest to upominek o wartości wyższej niż znajdujący się w tym miejscu, wykonujemy akcje związane z kartą położoną i miejscem jej umieszczenia.  Jeśli natomiast chcemy położyć kartę - prezent o niższej atrakcyjności niż ten już znajdujący się w tym miejscu, musimy poświęcić dwóch workerów (służących) ze swojej puli. Zabraną kartę odkładamy na stos swoich kart odrzuconych - będą dostępne w kolejnej rundzie.
Najważniejszym miejscem, akcją, wydaje się być Pałac, w którym poruszamy naszego piona w kierunku Cesarza. Tylko dojście do samego władcy pozwoli nam zapunktować na koniec gry, dlatego jest to takie ważnee. Oprócz tego mamy do dyspozycji podróże, budowę wielkiego muru, zbieranie Jadeitu, kupowanie dekretów cesarskich, snucie intryg oraz spływ wielkim kanałem.
Po podmienieniu karty i wykonaniu akcji z tego wynikających, tura przechodzi na kolejnego gracza i robi on dokładnie to samo - wybiera miejsce, wymienia kartę, wykonuje akcje. I tak, aż do momentu aż każdy z graczy pozbędzie się kart - łapówek. Po tym następuje faza Świtu, w której działają niektóre dekrety i niektóre bonusy oraz uzupełnia się pulę swoich służących. Następuje kolejna runda.
Gdy skończy się czwarta z rund dokonujemy końcowego podliczenia punktów, gracze dostają bonusy punktujące na koniec rozgrywki. Wygrywa ten kto zdobył najwięcej punktów, ale i dostał się na szczyt pałacu. Jeśli ten drugi warunek nie został spełniony, nie bierzemy pod uwagę punktów gracza, który nie zaskarbił sobie przychylności Cesarza.


No dobra, pora na opinię.  Gùgōng to naprawdę udany tytuł. Pod względem skomplikowania plasuje się moim zdaniem jako średnio ciężkie euro. Zasad nie ma tu jakoś przesadnie dużo i w miarę prosto się go tłumaczy, ale w trakcie rozgrywki można tu nieźle kombinować. Bardzo podoba mi się system wyboru akcji poprzez dokładanie kart. Ciutkę dawał mi podobne odczucia co w Najeźdźcach z Północy. Dokładasz kartę i robisz akcję z karty oraz miejsca, dodatkowo jeszcze bierzesz kartę na rękę, co pozwala ci planować już następną rundę. Proste i jednocześnie wymagające pomyślunku. Do tego trzon rozgrywki, czyli połóż kartę i podnieś kartę, jest bardzo elegancką mechaniką. W połączeniu z masą dostępnych akcji oraz rozmaitych bonusów do zdobywania, daje to sporo głębi i możliwości planowania. Warto wspomnieć, że tytuł dobrze się skaluje. Dwie strony planszy do wyboru w zależności od liczby graczy zapewniają, że gra jest odpowiednio ciasna. Za regrywalność odpowiadają tutaj głównie losowo rozkładane karty prezentów, żetony podróży oraz cesarskie dekrety. Trzeba przyznać, że robią to dobrze, nawet mimo wspomnianej wcześniej pomyłki produkcyjnej. Tematu tutaj nie uświadczymy. Tak naprawdę raczej się go nie spodziewałem. Kładziemy karty, żeby podnieść karty. To że są to łapówki prezenty kompletnie nic nie zmienia :-) Losowość występuje tu tylko w postaci początkowego rozłożenia kart, rzutu kostek na starcie rundy i dokładania żetonów na plansze, ale wszystkich dotyczy tak samo i jest do okiełznania. Nie ma tu zbyt wiele celowej interakcji, najczęściej podbieramy sobie po prostu karty (przy czym robimy to dla siebie, a nie wbrew innym). Zaś największym jej przejawem jest akcja muru, w której zajmujemy sobie miejsce i zdobywamy przewagę oraz wyścig do Cesarza, bo wiadomo kto pierwszy ten lepszy (i ma więcej punktów). Ale też nikt chyba nie oczekiwał po takim sucharku dużo pocenia się. Wspominając o audiencji u Cesarza trzeba zaznaczyć, że wymóg pocałowania mu stópek, żeby w ogóle liczyć się na końcu gry, może drażnić. To chyba najnudniejsza akcja w grze, a jesteśmy zmuszani do jej wykonywania dość sporo razy. Na szczęście jednak droga do władcy nie jest przesadnie długa, można się na niej przesuwać nie tylko za pomocą tej akcji. W dodatku daje sporo punktów, no i przede wszystkim jest to wymóg dla wszystkich, a jego spełnianie można zacząć już od samego początku gry, więc nikt nie jest poszkodowany bardziej. Może też przeszkadzać krótka kołderka, mamy tu niewielką liczbę rund (cztery) i w większości z nich zagramy tylko 4 karty. Na szczęście da się tu wykonać zamierzony plan bez większych wyrzeczeń, a dodatkowo możemy w trakcie gry zdobyć nadmiarowe karty i mieć więcej akcji (co polecam robić). Mi osobiście obie te rzeczy nie przeszkadzały. Generalnie nie mam na co tu narzekać. Zanim jednak przejdę do podsumowania pozwolę sobie jeszcze raz przekazać głos Marcinowi by również podzielił się swoimi wrażeniami.


Gùgōng spodobał mi się od pierwszego wejrzenia. I choć często w planszówkach bywa ono złudne, tak w przypadku tego tytułu każda kolejna rozgrywka utwierdza mnie w przekonaniu, że nie myliłem się co do tej gry od początku. Zasady nie są skomplikowane, natomiast w trakcie gry nierzadko trzeba trochę pokombinować. Na pewno nie jest to mózgożerna gra, ale i nie lekki tytuł, dla mnie coś pomiędzy. Fajne jest to, że jest wiele sposobów na zbieranie punktów, a to ile będziemy mieli ich na końcu głównie zależy od nas samych i od tego jak przechytrzymy przeciwników, a nie od losowości która w Gùgōngu jest na akceptowalnym poziomie. Do tego ta gra jest po prostu ładna, oczywiście to rzecz gustu, ale mi się ona wizualnie podoba. Dawanie łapówek upominków cesarskim urzędnikom jest naprawdę fajne.


No dobra, wracam do podsumowania. Gùgōng to świetna gra. Podoba mi się bardzo. Idealna waga, możliwość kombinowania, elegancka mechanika i przystępne zasady. Lubię takie średnio ciężkie euraski z prostym trzonem mechaniki. Zanim kupicie zastanówcie się, czy przeszkadzać wam będzie któraś z dwóch wymienionych przeze mnie rzeczy (wymuszona akcja Cesarza i niezbyt długa kołderka). Mi nie przeszkadzały w ogóle. Jeśli i wy możecie z nimi żyć to naprawdę polecam ten tytuł! Jedna z lepszych gier w jakie miałem okazję grać w 2018 roku :-)

Plusy:
+ Bardzo ładne i solidne wykonanie
+ Przystępne zasady
+ Elegancka mechanika opierająca się na fajnym twiście
+ Sporo kombinowania
+ Regrywalność i skalowanie

Minusy:
- Może przeszkadzać wymuszona akcja Cesarza i niezbyt długa kołderka

Kamil Lazarowicz i Marcin "Lubel" Lubański

Dziękuję wydawnictwu Games Factory za udostępnienie gry



4 komentarze:

  1. Oglądając zdjęcia , trochę przypomina GWT.
    Czy jest to podoba gra?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm podobnie dobra :) Ale wykorzystane mechaniki raczej są zupełnie inne. [Kamil]

      Usuń
    2. Bo ten sam ilustrator odpowiada za obydwie gry :)

      Usuń
  2. Wloczykij Domino25 stycznia 2019 09:48

    Szkoda że na blogu nie ma zbyt wielu "przeplatanych" recenzji.

    OdpowiedzUsuń