Slider

sobota, 27 października 2018

Manhattan - recenzja

Sporo jest gier, które wraz z upływem czasu mocno się starzeją jak np. znany wszystki Monopol (oraz w sumie większość gier typu roll&move). Są również tytuły, których wiek praktycznie nie rusza i po upływie dekady czy dwóch wciąż są niezłe. Tutaj przykładem może być chociażby Tikal, Mexica, czy Torres. W dzisiejszej recenzji przyjrzę się grze, która ma już prawie ćwierć wieku i sprawdzę w jaki sposób na nią wpływają lata. Będzie to nowa edycja Manhattanu, wydana na polskim rynku przez Fox Games. Będziemy w niej budować drapacze chmur i próbować przejmować wieżowce przeciwników. Warto wspomnieć że dzieło Andreasa Seyfartha zdobyło w roku swojej premiery najbardziej prestiżową nagrodę planszowego świata, czyli Spiel des Jares, co powinno nam już coś powiedzieć na temat jakości rozgrywki. Z drugiej jednak strony z nagrodami bywa różnie i po latach ich laureaci mogą przestać się podobać. No cóż, bierzmy się do budowania i sprawdźmy jak jest w tym przypadku! Z pomocą w tej recenzji przyjdzie mi też Marcin, który poza swoimi wrażeniami opowie też odrobinę o przebiegu rozgrywki.


Patrząc na wykonanie gry, zdecydowanie nie widać po nim 24 lat, które upłynęły od pierwszej edycji. Ładna, nowocześnie wyglądająca okładka przedstawiająca dwójkę architektów (albo hipsterów, jako że piją kawę w czymś w rodzaju Starbucksa i jedna postać bawi się smartfonem ;-) ) i wschodzące wśród drapaczy chmur słońce w tle. W środku znajdziemy funkcjonalną plastikową wypraskę na elementy, wśród których znajdują się plastikowe części wieżowców w czterech kolorach, talia kart oraz czarny znacznik pierwszego gracza pasujący do wieżowców. Oprócz tego oczywiście jest tam plansza, utrzymana w bardzo kolorowej i w sumie pasującej do reszty stylistyce. Warto wspomnieć, że w tych kolorach nie wygląda zbytnio jak Manhattan, a raczej jakaś tropikalna wyspa, ale i tak jest ładnie. Całość wygląda świetnie i efekciarsko, zwłaszcza podczas rozgrywki, Gdy na planszy pną się do góry kolorowe drapacze chmur. Robi wrażenie i naprawdę przyciąga wzrok. Manhattan jest naprawdę ładną grą. Niestety w kwestii wykonania nie ustrzegł się paru wad i o ile jakościowo wszystko jest tu super, to już np. wybór koloru żółtego i pomarańczowego, jako dwa z czterech kolorów graczy super nie jest. Nie wiem jak sobie poradzą z tym osoby cierpiące na jedną z wielu odmian ślepoty barw, ale wiem że w kiepskim świetle sam miałem problemy z odróżnieniem tych kolorów, gdy znajdowały się w jednym wieżowcu (przezroczysty plastik mimo że wygląda świetnie, niezbyt w tym pomaga). Druga rzecz to brak numerków z wartościami poszczególnych segmentów drapaczy chmur. To pierdółka, ale moim zdaniem mocno ułatwiłaby rozgrywkę. Poza tym moim zdaniem jest świetnie!


Zgodnie z zapowiedzią oddaję głos Marcinowi, który przybliży wam zasady gry:

W trakcie gry, podczas odpowiedniej ilości rund gracze będą wznosić drapacze chmur w 6-ciu miastach. Na koniec każdej z rund będą zliczane punkty za najwyższy wieżowiec, przewagi budynków w miastach oraz z każdy budynek danego właściciela. Ten kto na koniec gry będzie miał najwięcej punktów oczywiście wygra.

Przed rozgrywką każdy z graczy otrzymuje zestaw klocków (liczba w zależności od ilości graczy)  w wybranym przez siebie kolorze oraz 4 karty. Najstarszy gracz zaczyna rozgrywkę.
Na początku swojej rundy każdy z graczy odsłania swoje karty i decyduje z jakich części budynków będzie korzystał w tej rundzie i przekłada te elementy na swoją planszetkę. W swojej turze gracz wybiera jedną ze swoich kart, kładzie ją obok planszy i umieszcza element budynku  w jednym z miast (sam wybiera w którym) ale zgodnie z rysunkiem na karcie. Co istotne, każdy musi zorientować karty do planszy, to znaczy wykładać karty pionowo w stosunku do odpowiedniego boku planszy (przy którym siedzi). Jeśli dane miejsce na planszy jest puste gracz może postawić dowolny element wieżowca. Jeśli natomiast w danym miejscu w mieście, w którym chcemy postawić naszą część, znajduje się już jakiś element budowli, musimy zachować zasadę, że łączna liczba pięter gracza dostawiającego klocek, będzie wynosić minimum tyle samo kondygnacji co gracza, którego klocek znajdował się na szczycie budowli. Po umieszczeniu elementu na planszy, gracz dobiera kartę ze stosu i tura przechodzi do kolejnego z uczestników, który rozgrywa swoją ją na tych samych zasadach. Runda kończy się gdy wszyscy gracze umieszczą w miastach swoje klocki z planszetek. Wtedy następuje podliczenie punktów. Następnie przekazujemy znacznik pierwszego gracza, osobie po lewej stronie i rozpoczynamy kolejną rundę. Każdy dobiera na swoje planszetki zestaw budynków do wykorzystania (kart nie dobieramy - mamy 4) i rozgrywamy rundę na tych samych zasadach co poprzednią. 

Gra kończy się gdy pozbędziemy się wszystkich klocków ze swoich zasobów, czyli po 3 lub 4 rundzie, w zależności od liczby graczy. Następuje ostatnie zliczenie punktów i jak wspomniałem, wygrywa ten z graczy, który tych punktów uzbierał najwięcej.


No dobra wiecie już jak wygląda rozgrywka, więc wracam, żeby podzielić się z wami moją opinią na jej temat. Manhattan jest naprawdę w porządku! Trzeba tu sporo planować przestrzennie (w poziomie i w pionie ;-) ), walczyć o najlepsze miejsca z innymi graczami oraz mieć trochę szczęścia w doborze kart. Zasady są na tyle proste, że wytłumaczymy ją w chwilę, a mimo to sama rozgrywka ma sporo "mięska" i wymaga trochę skupienia. Trzeba stale wybierać, czy lepiej jest postawić nowy drapacz chmur, czy może jednak wdać się w bójkę z innym graczem i przejąć jego wieżowiec. Obie opcje mogą doprowadzić do zdobycia punktów... pod warunkiem, że nikt nie podbierze nam w swojej turze naszych budynków. Generalnie sytuacja potrafi się zmieniać jak w kalejdoskopie, co jest o tyle fajne, że angażuje graczy nawet poza ich turą. Spore znaczenie ma tu wybór dostępnych w danej rundzie budynków. Nakazuje już na początku decydować trochę o strategii na najbliższą i kolejne rundy. To całkiem fajnie wymyślony element rozgrywki, który nadaje już na starcie nieco celowości podejmowanych decyzji. Co prawda ciężko tu coś dalekosiężnie zaplanować, jako że o naszych potencjalnych działaniach decydują losowo dobierane posiadane karty. Z drugiej strony jednak kart na ręku mamy cztery, więc zawsze jest z czego wybierać, no i trzeba pamiętać, że Manhattan to w zasadzie gra rodzinna, więc trochę losowości jej nie szkodzi. Trzeba wspomnieć, że jak na taką grupę docelową, jest tu bardzo dużo negatywnej interakcji. Raczej nie da się wygrać bez przejmowania cudzych budynków i podbierania sobie dominacji w dzielnicach. Dla mnie i moich współgraczy jest to plus, ale niektórym co bardziej pokojowo nastawionym ludziom może się to nie spodobać. Jeśli miałbym natomiast na coś ponarzekać, to na pewno byłoby to skalowanie. Dla mnie Manhattan to w zasadzie gra czteroosobowa. W takim składzie jest po prostu najciekawiej. W trzy osoby da się grać, ale już wariant dwuosobowy (w którym kontroluje się dwa kolory) nie podobał mi się wcale i wydawał mi się dodany na siłę.


Zanim przejdę do podsumowania i odpowiedzi na pytanie zadane we wstępie oddam ponownie głos Marcinowi, żeby podzielił się z wami swoimi pierwszymi wrażeniami z Manhattanu.
To moje pierwsze spotkanie z tym tytułem i choć co nieco o nim słyszałem, to nie wzbudzał we mnie większego zainteresowania. No, ale zagrałem, spróbowałem i "Manhattan" zaskoczył mnie... pozytywnie. Przede wszystkim, mimo łatwych zasad, rozgrywka nie jest prosta. Wymaga nieco pomyślenia nad każdym ruchem, trochę kalkulacji i strategii. Ponadto trzeba dobrze zarządzać częściami budynków, by je jak najefektywniej wykorzystać w danej rudzie i zachować równie istotne części na kolejną. Co więcej jest tu wbrew pozorom spora dawka negatywnej interakcji, a to lubię. Żeby nie było tak różowo to przyczepić się muszę do trzech rzeczy. Po pierwsze czasem ciężko rozróżnić dwu- i trzypiętrowe części, zwłaszcza te będące już w wieżowcu. Po drugie pionek pierwszego gracza mógłby być wymyślniejszy, jakaś choćby iglica czy coś. I wreszcie po trzecie, w ostatniej rundzie to już właściwie każdy rywalizuje na dostawianie pojedynczych budynków celem osiągnięcia przewagi w danym areale, aniżeli buduje pokaźne budowle.
Ogólnie gra mi się podoba, jest trochę strategii, negatywnej interakcji, rywalizacji, a także potrzeba przy niej troszkę pokombinować i mieć ciut szczęścia.



No dobra, pora na podsumowanie. Jak zapewne zauważyliście, zdecydowanie skłaniam się ku chwalenia Manhattanu. W związku z tym nietrudno raczej dojść do wniosku, że moim zdaniem starzeje się godnie i wciąż może robić furorę na stole. Zwłaszcza w nowym, ślicznym wydaniu. Polecam go z czystym sumieniem, chociaż raczej tym, którzy nie boją się negatywnej interakcji w grach. Nie wiem jaka była w 1994 konkurencja do nagrody Spiel des Jahres, ale jak na moje Manhattan jak najbardziej zasłużył na wygraną.

Plusy:
+ Ładne, nowoczesne wydanie
+ Sporo negatywnej interakcji jak na grę rodzinną
+ Proste zasady
+ Dużo decyzji i planowania

Minusy:
- Kiepski wariant dwuosobowy
- Problematyczne rozróżnianie kolorów i wartości segmentów budynków




Kamil Lazarowicz & Marcin "Lubel" Lubański

Dziękuję wydawnictwu Fox Games za udostępnienie gry

http://www.foxgames.pl/



2 komentarze:

  1. Bardzo ciekawa gra, inna niż wszystkie! Ja kupiłem te grę dla mojej córki i gramy w nią całą rodziną :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super :) Jakbyś chciał kiedyś coś bardziej zaawansowanego zagrać w podobnym budowlanym klimacie to zerknij sobie na Torres. A jeśli coś równie prostego ale przepięknego i na dwie osoby, to Santorini :) [Kamil]

      Usuń