Slider

poniedziałek, 15 października 2018

Hard City - pierwsze wrażenia

Jakiś czas temu na platformie Kickstarter ruszyła kampania mająca na celu ufundowanie gry Hard City, autorstwa Marka Raczyńskiego i Adama Kwapińskiego, za której wydanie odpowiada warszawskie Hexy Studio. Jako że do wydawcy daleko nie mam, a chwilę wcześniej zaczął u nich pracę zaprzyjaźniony z nami Wojciech Rzadek, nie było problemem umówienie się na wspólne rozegranie partyjki w prototyp. Wybraliśmy się więc z Jarkiem na granie i już miałem wrzucić tutaj posta o tym tytule.. ale nagle kampania została anulowana. Okazało się, że mimo tego, iż nam gra przypadła do gustu, część wspierających miała kilka świetnych sugestii, na których przetestowanie potrzeba było sporo czasu i wydawnictwo podjęło odważny, ale moim zdaniem słuszny krok. Kilka dni temu ogłoszono jednak, że nadszedł czas na ponowną próbę ufundowania tytułu (nowa kampania TUTAJ). Dlatego też, gdy Wojtek zaproponował kolejne granie, od razu się skusiłem, zwłaszcza że do rozgrywki poza autorem gry Markiem oraz Wojtkiem, dołączyli również Balint znany z serwisu Polter oraz Ginet z Games Fanatic. Miałem okazję zobaczyć wprowadzone zmiany i mogę się teraz z wami podzielić moimi pierwszymi wrażeniami. Zastrzegam, że bazuję moje odczucia na prototypie i z całą pewnością zostaną wprowadzone jeszcze jakieś zmiany :-) 


No dobra, przejdźmy do rzeczy. Najpierw odrobina klimatu. Fabuła gry została żywcem wyjęta z kiepskiego filmu z lat 80. Amerykańskie miasto, neony, deszcz, a wśród tego wszystkiego hordy obrzydliwych mutantów, wywołujące panikę wśród mieszkańców Hard City. Okazuje się, że bestie są tworzone i kontrolowane przez złego Doktora Zero, a jedynymi osobami mogącymi je powstrzymać są dzielni oficerowie policji. Policjanci w latach 80-tych byli najwyraźniej bardzo barwnymi postaciami, wystarczy obejrzeć sobie np. Akademię Policyjną. W Hard City również nie ma co narzekać na nudne indywidua. Mamy tu np. brutalną Mirandę, nie wahającą się strzelać do mutantów, nawet jeśli stoją tuż obok cywili. Jest tu też wielki Marcellusa Hammera, który bez problemu pokona bestie nawet walcząc wręcz, a do tego w razie potrzeby weźmie na plecy nawet dwóch obywateli potrzebujących ewakuacji. Jenny Takabura, to wytatuowana sanitariuszka, o najwyraźniej dość zagmatwanej przeszłości, która gdy trzeba, może zarówno połatać innych oficerów, jak i zaszlachtować potwory kataną. Najciekawszą i chyba też najbardziej stereotypową postacią jest Donathan Johnson, podstarzały gliniarz zajadający pączki i hodujący brzuszek, którego apokalipsa mutantów dopadła o krok od zasłużonej emerytury. Mamy tu więc do czynienia z celowo sztampową fabułą idealnie odwzorowującą klimat kina klasy B. Jak jeszcze do tego odpalimy soundtrack z Kung Fury albo obejrzymy przed rozgrywką wszystkie części wspomnianej Akademii Policyjnej, to będziemy w siódmym niebie. Ja osobiście uwielbiam tego typu retro klimaty, więc już na tym etapie gra mnie kupiła :-)


Idealnie trafiono tu też z wyglądem komponentów. Jeszcze raz podkreślę, że widziałem tylko prototyp, a i tak nie powstydziłbym się go na półce. Nie wszystkie elementy były już skończone, na niektórych kartach brakowało obrazków, ale i to co widziałem wyglądało naprawdę nieźle. Na ilustracjach mamy trochę neonowego różu, parę pączkowego humoru i leciutkie nawiązania do klimatu lat 80. Plansza przedstawia ulice nocą i wygląda jakby przeniesiono ją prosto z planu Policjantów z Miami. Generalnie nie ma tu jakiegoś przesytu nawiązań do popkultury, ale da się to wszystko wyczuć w ilustracjach. Bardzo podoba mi się design postaci (widziałem też kilka zaplanowanych jako cele do odblokowania i muszę przyznać, że te podobały mi się jeszcze bardziej!). Nie można zapomnieć, że Hexy Studio zaczynało swoją przygodę od produkcji figurek. Dlatego też w Hard City nie mogło ich zabraknąć. Najlepsze wrażenie robią tutaj figurki oficerów, a już zwłaszcza grubiutkiego Donathana z pączkiem w ręku. Naprawdę oddaje on klimat gry. Reszta policjantów też jest niczego sobie. Miałem też okazję widzieć prototyp pomocnika Marcellusa Hammera, czyli policyjnego psa -  świetna miniaturka wesołego husky'ego z macką mutanta w pysku :-) Oczywiście w pudełku natrafimy też na hordy mutantów kilku różnych typów. Jak przystało na ofiary mutagenu, są one brzydkie ale samej rzeźbie figurek nic nie można zarzucić. Ładny poziom szczegółów Najfajniejszą miniaturką w grze jest zdecydowanie F.U.B.A.R., czyli supermutant - najsilniejsza broń Doktora Zero. Jeśli się mu przyjrzycie, zobaczycie masę ciekawych szczególików, jak np. paznokieć na gigantycznej zmutowanej łapie, hydrant wrośnięty w ogromne cielsko, czy np. skórkę od banana :-) Wiem że prototypy w żywicy często różnią się od masowej produkcji finalnego produktu, ale ekipa odpowiedzialna za grę zapewniała, że co by się nie wydarzyło, to chcą przynajmniej utrzymać poziom z prototypu, a jak się da to nawet go trochę podwyższyć.


Pora przejść do konkretów, bo wiadomo że nawet najpiękniejszej gry nic nie uratuje, jeśli będzie miała kijową grywalność. Zatem porozmawiajmy chwilę o mechanice gry i odczuciach płynących z rozgrywki. Podstawowym trybem gry jest dość klasyczne 1 kontra wszyscy, gdzie większość graczy wciela się w oficerów policji, a jeden zostaje złym Doktorem Zero i wysyła na nich wściekłe mutanty. Wiem że w finalnej wersji gry ma się pojawić pełny wariant kooperacyjny i opcja solo, ale bez bicia przyznaję się, że nie miałem okazji ich testować więc nic więcej nie mogę na ich temat powiedzieć. Natomiast tryb podstawowy bardzo przypadł mi do gustu, mimo iż nie jestem fanem tego typu rozgrywki. Gra toczy się w rundach o strukturze gracz-zły-kolejny gracz-zły itd. W swojej turze oficerowie mają do dyspozycji pięć pączków akcji i mogą je przeznaczać na takie czynności jak ruch, strzał, mierzony strzał (bez użycia kości), używanie znalezionych przedmiotów (policyjnych lub ulicznych), czy ratowanie cywili. Doktor Zero może natomiast zagrać jedną kartę na jeden z dwóch sposobów. Dolna część karty zawsze ma trzy główne akcje z przypisaną do nich liczbą: tworzenie mutantów, ruch i atak. Numerki pokazują iloma mutantami możemy je wykonać. Karty mogą być również użyte dla ich akcji specjalnej, która potrafi nieźle namieszać. Dodatkowo występują tutaj również karty typu instant (możemy je zagrać dla efektu specjalnego przed normalną kartą) oraz reakcji (Doktor Zero może z nich skorzystać przy złym rzucie kostkami przez graczy).  Celem graczy jest zabicie jak największej liczby potworów, uratowanie cywili oraz spełnianie dodatkowych celów przypisanych do scenariusza. Doktor Zero w każdym scenariuszu również ma swoje cele, a poza tym skupia się na unieszkodliwianiu oficerów i zabijaniu cywili. Generalnie mamy tutaj do czynienia z dość prostymi zasadami, dającymi w rezultacie lekką grę typu skirmish/dungeon crawl. To co wyróżnia moim zdaniem Hard City, to system tzw. cutscenek. Są to specjalne akcje oficerów, które pojawiają się co rundę w każdym scenariuszu (maksymalnie może ich być z tego co pamiętam 5). Aby je wykonać musimy spełniać ustalone warunki i warto też wspomnieć, że możemy ich używać po kolei oraz przeskakiwać na dowolną w przód, ale jeśli którąkolwiek pominiemy, to nie da się już do niej wrócić (no chyba że na ulicy znajdziemy specjalny przedmiot: kasetę VHS :-) ). Cutscenki pozwalają nam na wykonywanie naprawdę odjechanych czynności. Przykładem może być np. dzika jazda radiowozem i rozjeżdżanie każdego mutanta, który stoi nam na drodze albo poświęcenie się jednego oficera i rzucenie się prosto w gromadę potworów oraz samodzielne zatrzymanie ich w miejscu aż do swojej następnej tury. Nie chcę wam zdradzać więcej możliwości, bo ten element gry bawił mnie najbardziej i nie chcę psuć frajdy z jego odkrywania.


Gdzieś w internetach natrafiłem kilka razy, na porównanie Hard City do serii Zombiecide, przy czym kompletnie nie wiem skąd się ono wzięło. Sprostuję, poza rzutami kośćmi przy walce i zabijaniem dużej masy potworów, te gry nie mają praktycznie nic ze sobą wspólnego. Razem z Balintem doszliśmy do wniosku, że grze zdecydowanie bliżej jest do np. The Others, ale jest ona dużo lżejsza oraz bardziej przystępna dla większości graczy. Zamiast demonicznych awatarów grzechów, walczymy tu w końcu z stereotypowym, przerysowanym superzłym. Akcja nie dzieje się w mrocznym świecie na krawędzi zagłady, lecz w pełnych pastelowych barw realiach lat 80. To naprawdę czyni grę dużo łatwiejszą w odbiorze... i kto wie może nawet uda mi się namówić kiedyś na partię moją lepszą połówkę, która raczej nie przepada za tego typu rozgrywką i figurkami. No dobra, warto odpowiedzieć na pytanie, czy gra starczy na długo. Hmmm... moim zdaniem tak. Nie ma tu co prawda jakiejś ogromnej liczby scenariusz, na chwilę obecną jest ich pięć. Ale za to każdy ma kilka opcji setupu, które mocno wpływają na przebieg rozgrywki i stosowane przez obie strony taktyki. Miałem okazję grać w pierwszy scenariusz dwa razy (jeszcze w czasie pierwszej kampanii) i muszę przyznać, że przebieg obu partii był diametralnie różny. Oczywiście jest tu też spory potencjał na dodatki. Warto też wspomnieć, że z reguły nie przepadam za graniem w takich grach "overlordem" (kompletnie nie mam zacięcia mistrza gry), a tutaj wydawało się to naprawdę zabawne i w następnej partii na pewno zgłoszę się na ochotnika do grania po stronie zła. Gdybym pisał te wrażenia po pierwszych dwóch rozgrywkach, na pewno bym trochę ponarzekał choćby na kary za utratę wszystkich punktów życia przy grze oficerami (oj naprawdę ciężko grało się po pierwszej "śmierci"). Na szczęście twórcy słuchają sugestii i przy następnej wersji prototypu kary zostały zmniejszone do utraty tury i zyskania punktu przez złego. Teraz gra się dużo lepiej. Podczas ostatniej rozgrywki, doszliśmy do wniosku, że w jednym ze scenariuszy mutant żołnierz jest zbyt mocny... ale od razu dostaliśmy zapewnienie, że zabierają się za testy i próby jego osłabienia. Naprawdę ciężko jest narzekać w takich warunkach :-)


Powiem szczerze, ja bardzo dobrze bawiłem się przy Hard City. To kawał świetnej gry, zwłaszcza jeśli szukacie czegoś lekkiego i szybkiego, a dodatkowo lubicie retroklimaty i filmy o policjantach. Widziałem też kilka potencjalnych (oraz na razie tajnych) celów dodatkowych, dzięki czemu wiem, że gra rozwija się w dobrą stronę. Na chwilę obecną, po tych trzech partiach, polecam z czystym sumieniem!





Kamil Lazarowicz

Dziękuję wydawnictwu Hexy Studio za możliwość przetestowania prototypu gry




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz