slider

sobota, 19 sierpnia 2017

Kostaryka - recenzja

Gry o ekspedycjach w tropiki nie są szczególną rzadkością. W czasie mojej przygody nie raz wcielałem się np. w awanturników plądrujących starożytne świątynie, archeologów prowadzących wykopaliska w gwatemalskiej dżungli, czy nawet naukowców polujących na dinozaury na tropikalnej, nieznanej dotychczas wyspie. Kiedy więc usłyszałem że Lacerta planuje wydać Kostarykę, autorstwa duetu Matthew Dunstan i Brett J. Gilbert (odpowiedzialnych za Elizjum), postanowiłem załatwić sobie tę grę o fotograficznym polowaniu na rzadkie gatunki w tym jakże zróżnicowanym przyrodniczo kraju położonym w Ameryce Środkowej. Jak na tym wyszedłem? Czy poczułem nutę przygody... a może frajdy było tu tyle, co przy pogryzieniu przez komary? Przekonajcie się.


Osobą odpowiedzialną za projekt graficzny gry jest znany już chyba praktycznie każdemu Klemens Franz. Jego styl rysunku jest... hmmm... dość specyficzny. Generalnie można go lubić, można nienawidzić, ale prawda jest taka, że większość jego prac jest "poprawna" (chociaż miał też swoje momenty z zabawą konwencją w Orleanie, czy ukrytymi smaczkami w Grand Austria Hotel). Tutaj jest dość podobnie. Grafiki są przeciętne, na pewno nie można ich nazwać ładnymi. Tyczy się to zarówno okładki, jak i kafelków terenu na których odwrocie są narysowane zwierzęta, którym będziemy robić zdjęcia. Do tego zwierząt jest tylko sześć co jest dość niewielką liczbą, biorąc pod uwagę że nawet w instrukcji przeczytamy, że na terytorium Kostaryki występuje około 5% światowej różnorodności biologicznej. Całość pod względem wyglądu nie odrzuca mnie, ale też nie wywołuje efektu "wow!". Ot kolejny Klemens Franz w kolekcji i to do tego jeden ze słabszych. Pod względem jakości natomiast nie ma na co narzekać. Kafelki są grube i solidne. Meeple naszych podróżników również wyglądają na niezdzieralne. Całość powinna wytrzymać lata.


Jak gra wypada pod względem mechaniki? Zasady są generalnie bardzo proste. Tworzymy najpierw obszar poszukiwań w kształcie heksa o bokach długości 5 kafelków. Na każdym rogu ustawiamy grupę poszukiwaczy składającą się z meepli w kolorach osób biorących udział w rozgrywce. Dajemy pierwszemu graczowi pion przywódcy wyprawy i możemy zaczynać.
W swojej turze przywódca wybiera jedną z ekspedycji zawierającą pionek w jego kolorze i decyduje się który sąsiadujący z nią kafel odsłonić. Po każdym odwróceniu terenu, decyduje czy chce podnieść kafel i zakończyć wyprawę. Jeśli się nie zdecydował, reszta graczy po kolei zastanawia się, czy wziąć zdjęcie, czy raczej spasować i iść dalej. Jeśli wszyscy spasują, przywódca wybiera dalszy kierunek podróży i odsłania kolejny kafel. W momencie gdy ktokolwiek zdecyduje się wziąć zdjęcie, bierze wszystkie odkryte w tej turze i kładzie je przed sobą. Dodatkowo, w trakcie naszej podróży możemy się natknąć na symbol niebezpieczeństwa (komary). O ile odkrycie pierwszego nie zagraża nam w żaden sposób, tak już odsłonięcie drugiego zagrożenia, sprawia że odkładamy do pudełka oby dwa żetony i przywódca podnosi tylko te kafelki bez komarów, co w znaczący sposób zmniejsza korzyści z wyprawy. Po podniesieniu fotografii, gracz który to zrobił, musi usunąć z gry swojego podróżnika, a pion przywództwa przechodzi do kolejnej osoby.


Ciekawym aspektem gry, jest możliwość odcięcia graczy od części dostępnego obszaru. Działa to trochę jak w Hej! To moja ryba!. Jeśli nie możemy gdzieś bezpośrednio dotrzeć to nie podniesiemy kafelków. Zwłaszcza jeśli powoli kończą się nam pionki. Najwięcej możliwości daje nam natomiast bycie ostatnim pionkiem w grupie. Jeśli dobrze to rozegraliśmy, to będziemy mogli takim samotnikiem zwiedzać do woli, robiąc przy tym masę zdjęć napotkanym zwierzętom (chyba że trafimy na same komary). Gra kończy się w momencie, gdy z planszy zniknie ostatni odkrywca, albo zebrane zostaną wszystkie dostępne żetony. Punktacja nie jest skomplikowana, generalnie im więcej zwierząt danego gatunku tym lepiej (chociaż nie opłaca się mieć więcej niż 7) plus premia 20 punktów za posiadanie przynajmniej jednego egzemplarza zwierząt z każdego gatunku. W przypadku remisu wygrywa osoba, mająca najwięcej zwierząt jednego gatunku (czyli jednak czasem warto mieć ich więcej niż 7 ;-) ).


Rozgrywka nie jest długa, pudełkowe 30-45 minut jest jak najbardziej do osiągnięcia. Wszystko dzieje się dość dynamicznie, a możliwość zgarnięcia zdjęć poza naszą turą sprawia, że w ogóle nie odczuwamy oczekiwania. Dość przyjemnie został tutaj użyty mechanizm push your luck, na dodatek w wariancie nie tylko przeciw grze, ale też rywalizacyjnie z innymi graczami. Jeśli przedobrzymy w podróży może okazać się, że nie tylko dopadną nas komary, ale również komuś innemu mogą wpaść w ręce nasze ciężko odkrywane fotografie. Do tego w przeciwieństwie do większość gier z mechaniką gry w tchórza, o sukcesie naszej wyprawy decyduje nie szczęście a statystyka, jako że doskonale wiemy jakie są szanse na trafienie rzadkich zwierząt i zagrożeń na danym typie terenuW połączeniu z odpadającymi z gry kafelkami i blokowaniem niczym w abstrakcyjnej grze logicznej daje nam całkiem przyjemny tytuł przeznaczony co prawda głównie dla rodzin, ale jednak całkiem przyjemny. Dodatkowym walorem jest dobrze napisana instrukcja, w której znalazło się nawet miejsce na odrobinę edukacji i dowiemy się z niej czegoś o tytułowym kraju i fotografowanych zwierzakach.


Niestety Kostaryka nie ustrzegła się jednak kilku wad. Przede wszystkim osobiście nie jestem w stanie wyczuć tu żadnego klimatu. Nie wiem czy jest to kwestia wyjątkowo jak na Klemensa Franza przeciętnych rysunków, tego że biegamy po heksagonalnej mapie złożonej z heksów (co wzmaga poczucie abstrakcyjności), czy może temu że zwierzaków jest tylko sześć typów (a te które są poza jaguarem i tukanem nie są jakoś wybitnie ciekawe). Gry familijne powinny wg mnie działać na wyobraźnie graczy, a zwłaszcza dzieci, żeby zachęcić je do grania w planszówki. Tutaj niestety co najwyżej dostajemy przekaz, że Kostaryka jest nudnym, dość szarawym krajem z dziwnie wyglądającymi zwierzętami, z których najwidoczniej najciekawszymi były żuki i żaby. Dodatkowo tytuł niezbyt dobrze się skaluje. Na dwie osoby jest specjalny tryb z używaniem przez jednego gracza dwóch kolorów pionków. nie przepadam za takim rozwiązaniem i rzadko trafia w moje gusta. Na 3 osoby jest mało ciekawie. W pięć osób dość szybko ktoś podnosi zdjęcia i trudno cokolwiek zaplanować. Złotym środkiem jest dopiero gra w cztery osoby (chociaż 3 i 5 mimo kilku wad też są ok).


Koniec końców Kostaryka okazała się grą niezłą mechanicznie i niestety wizualnie na tyle przeciętna, że aż kompletnie pozbawioną klimatu. Oczywiście wygląd to tylko kwestia gustu i jeśli nie macie nic przeciwko po zerknięciu na zdjęcia gry, a lubicie push your luck i abstrakcyjne gry logiczne, zwłaszcza w wykonaniu familijnym, to śmiało zachęcam do zainteresowania się tą grą. Dla mnie jest jednak tytuł przeciętny (nigdy rysunki Franza aż tak bardzo nie zepsuły mi frajdy z gry), ani dobry, ani zły, przez co raczej wątpię czy będzie się pojawiał na stole szczególnie często.

Plusy:
+ Wykonanie jest bardzo solidne
+ Ciekawe połączenie push your luck z wzajemnym blokowaniem się rodem z gier logicznych
+ Nasze decyzje opieramy nie na strzale, a na statystyce występowania zwierzaków
+ Walor edukacyjny

Minusy:
- Bardzo przeciętne rysunki Klemensa Franza
- Zero klimatu
- Słabe skalowanie



Kamil Lazarowicz

Dziękuję wydawnictwu Lacerta za udostępnienie gry





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz