slider

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Kanagawa - recenzja

Cathala wielkim poetą... tfu! Dobrym autorem gier jest! Tego nie da się ukryć. Z każdą kolejną jego grą przekonuję się o tym coraz bardziej. Daleko mi jeszcze do bycia tak wielkim fanem jak PowerMilk, niemniej nie trafiłem jeszcze na tytuł Bruna Cathali, który nie podszedł mi do gustu. Dlatego z dużą dozą ciekawości podszedłem do Kanagawy (stworzonej w duecie z Charlesem Chevallierem), wydanej u nas przez 2Pionki/Portal Games. Tytuł zaintrygował mnie również z powodu dość nietypowego tematu, a mianowicie japońskiego malarstwa. W Kanagawie wcielimy się bowiem w uczniów wielkiego pejzażysty, Mistrza Hokusai. Nie jest to pierwsze podejście autora do gier o dalekowschodnim klimacie, wspomnijmy tu np. Haru Ichiban, które moim zdaniem jest bardzo przyjemną grą logiczną. Czy Kanagawa jest równie dobra, a może nawet lepsza?  Czy może tym razem jakimś cudem japońska relaksacyjna tematyka i jeden z ulubionych autorów sromotnie mnie zawiódł? Zapraszam do lektury ;-)


Zwyczajowy akapit o wykonaniu. A jest tu o czym opowiadać, bowiem Kanagawa została określona najładniejszą premierą Essen 2017. Zdecydowanie nie bez powodu ;-) Już sama grafika pudełka wygląda prześlicznie. Pejzaż prefektury Kanagawa, na pierwszym planie jeleń pod drzewem, w tle portowe miasto oraz pędzel z nazwiskiem artysty, który odpowiada za szatę graficzną tego cuda (Jade Mosch) Wygląda to mega ładnie i wprowadza w klimat gry. W środku plastikowa wypraska a w niej kwadratowe karty lekcji z elementami obrazów, drewniane pionki mistrza i ucznia, tekturowe kafle początkowe i kafelki osiągnięć, 3 żetony burzy,  ciekawie wykonane drewniane znaczniki naczyń z pędzlami i bambusowa mata do gry. Ta ostatnia naprawdę robi wrażenie, w ostateczności jeśli gra nie podejdzie, nada się tez jako mata do sushi. Gra jest wykonana po prostu prześwietnie i w zasadzie nie ma do czego się tu przyczepić. Taka estetyczna ozdoba półki z grami!


Zasady rozgrywki nie należą do najtrudniejszych. Mechanika Kanagawy to swoiste połączenie kolekcjonowania zbioru kart, budowania niewielkiego silniczka i gry w "tchórza". Celem jest oczywiście stworzenie najbardziej harmonijnego pejzażu. W każdej rundzie będziemy dokładać na matę karty lekcji w ilości równej liczbie graczy (na czerwonych polach karty lądują rewersem do góry). Począwszy od gracza z pionem Wielkiego Mistrza, będziemy decydować czy chcemy poszerzyć naszą wiedzę (co oznacza że czekamy na kolejną rundę i dołożenie nowych kart), a może raczej wykorzystamy ją w praktyce. W tym drugim przypadku wybieramy kolumnę kart i bierzemy je wszystkie, po czym dokładamy do naszego obrazu albo odwracamy i dołączamy je do naszego studia malarskiego. Rozbudowa naszej pracowni jest o tyle ważna, że wpływa na możliwość rozbudowy obrazu. Bowiem za każdym razem, gdy chcemy położyć nowy fragment pejzażu, musimy posiadać pędzel na odpowiadającym mu symbolu. Jeśli w naszym studiu nie posiadamy go, oznacza to że nie poznaliśmy jeszcze odpowiednich technik malarskich i nie namalujemy tej części naszego arcydzieła. Do tego każdy gracz rozpoczyna rozgrywkę tylko z dwoma pędzlami oraz jednym symbolem strzałki, pozwalającym na przesunięcie raz w rundzie jednego pędzla.


Dopiero wraz z rozwojem pracowni, będziemy zdobywać kolejne pędzle i zwiększać ich mobilność. Jeśli jacyś gracze postanowili wybrać poszerzanie swojej wiedzy, do pozostałych na macie kolumn dokłada się kolejne karty i ponownie stają oni przed wyborem, przy czym teraz decydują o wzięciu dwóch kart. Gdy w kolumnie będą 3 karty, gracze muszą wykorzystywać wiedzę w praktyce. Następnie gracz, który posiada pion ucznia (zdobyty poprzez dołożenie karty z odpowiednim symbolem do pracowni) wymienia go na pion Wielkiego Mistrza i zabawa zaczyna się na nowo. Jeśli w którymś momencie zabawy ułożymy karty tak, by spełniać wymagania z żetonów osiągnięć (np. odpowiednia liczba postaci lub konkretne zwierzęta na pejzażu), możemy taki żeton zabrać, przy czym możemy posiadać tylko jeden w danym kolorze. Dlatego też możemy zdecydować się na nie wzięcie niskopunktowego osiągnięcia, wierząc że uda nam się spełnić wymagania lepszego. Raz ominiętego żetonu nie możemy dobrać w późniejszym momencie. Gra kończy się w momencie gdy talia lekcji wyczerpie się albo któryś z graczy będzie w swojej grafice 11 obrazków na koniec rundy. Podliczamy punkty za ilość kart w pejzażu, za najdłuższy ciąg tej samej pory roku, za każdy symbol punktów widoczny w pracowni lub na grafice i dodatkowo gracz posiadający pion Wielkiego Mistrza otrzymuje jeszcze 2 punkty.


Pora na moje przemyślenia na temat gry. Kanagawa to jeden z tych rzadkich przypadków, w których mimo lekkości sprzyjającej nauczeniu się zasad przez początkujących graczy, także i gracz zaawansowany znajdzie sporo dla siebie. Niby mamy tu do czynienia z niedługim fillerem, ale w ostatecznym rozrachunku, podejmujemy tu całkiem dużo decyzji i gdy do gry siądą planszówkowi wyjadacze, pojawi się sporo móżdżenia. Elegancka mechanika i orientalny sprawiają że na pierwszy rzut oka myślałem o tej pozycji jako grze relaksacyjnej (Japonia, Zen itp.), ale tak naprawdę jest to pełnoprawny "mięsisty" tytuł z fajną rywalizacją. Strasznie podoba mi się tu odrobina "push your luck" przy decyzji o braniu kart z maty. Często zdarzy się, że czekając na ciut ciekawsze lekcje, skończymy z byle czym, zaburzającym nam harmonię. Szacowanie ryzyka jest tu na porządku dziennym. Bardzo ważny jest też wybór czy zagrać kartę jako obraz czy część pracowni. Często jest on oczywiście podyktowany niemożliwością namalowania obrazu, ale czasem warto świadomie poświęcić grafikę na rzecz techniki/punktów i dzięki temu szybciej zdobyć przewagę w późniejszych rundach. Przed kolejnymi ciężkimi wyborami stajemy przy żetonach osiągnięć. Ile to razy czekałem z podniesieniem zielonego żetonu z drzewami po to by rundę później stracić swoją szansę na punkty na rzecz innego gracza... Wszystko to naprawdę fajnie ze sobą współgra i dzięki intuicyjnym rozwiązaniom sama rozgrywka przebiega całkiem dynamicznie.


Nie ma tu wielu rzeczy do których mogę się przyczepić. Skalowanie jest ok. Owszem na więcej osób grało mi się trochę lepiej ale jako dwuosobówka Kanagawa też sprawdza się całkiem nieźle. 45 minut jak na grę tej wagi, to ani za dużo ani za mało. Wiem że niektórym sucharzystom, przeszkadzać będzie losowy dobór kart, ale bez przesady, to nie jest logiczna łamigłówka, a gra francuskich autorów. Losowość jest tu jak najbardziej na miejscu i w granicach tolerancji. Hmmm tak naprawdę jedyna rzecz, która mnie irytowała to wkładanie kart pod inne karty. Nie siadajcie do Kanagawy bez obrusu lub długich paznokci... inaczej będziecie co chwilę przewracać pędzle przy nędznych próbach ładnego ułożenia elementów. Ale nie oszukujmy się jest to drobna pierdółka, która raczej nie powinna zaważyć o waszej decyzji o nabyciu tego tytułu.


Podsumowując, Kanagawa to bardzo przyjemna gra, która sprawdzi się zarówno w gronie rodzinnym jak i wśród nieco bardziej ogranych osób. Mechanizmy zostały tu połączone w sposób przemyślany i intuicyjny, dzięki czemu łatwo wytłumaczyć jej zasady. Wykonanie to prawdziwe mistrzostwo świata, które dodatkowo świetnie współgra z przyjemną tematyką gry. Ostatecznie Bruno Cathala ponownie mnie nie zawiódł i Kanagawa jest kolejną jego grą, która zostanie w mojej kolekcji na dłużej!

Plusy:
+ Rewelacyjne wykonanie współgrające z tematyką gry
+ Ciekawe połączenie mechanik zbierania kolekcji,budowania silniczka i "push your luck"
+ Łatwe do zrozumienia zasady
+ Wbrew pozorom spora decyzyjność

Minusy:
- Układanie kart jest strasznie upierdliwe (grajcie z obrusem)


Kamil Lazarowicz

Dziękuję wydawnictwu 2pionki za udostępnienie gry







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz