slider

niedziela, 30 kwietnia 2017

Top Kitchen - recenzja

Ostatnimi czasy kucharze stają się celebrytami, a coraz większą popularnością cieszą się programy kulinarne. Mamy już takie cuda jak Masterchef, Top chef, Hell's Kitchen, Kuchenne rewolucje, gdzie wypromowano m. in. Gordona Ramsaya, Magdę Gessler, że już nie wspomnę o Robercie Makłowiczu i jego Podróżach Kulinarnych. Aż dziwi że gotowanie nie stało się w grach planszowych nowym Marsem i gier o nim traktujących jest wciąż stosunkowo niewiele. Jedną z nich jest polska gra Top Kitchen, autorstwa Mariusza Milewskiego, ufundowana w ubiegłym roku na platformie Wspieram.to. Tytuł zapowiadający się naprawdę smacznie, bowiem wcielimy się w nim w szefów kuchni, zarządzających swoimi restauracjami i wyszukujących na lokalnym ryneczku jak najświeższych składników. Tyle że z planszówkami bywa trochę jak z jedzeniem. Na myśl o niektórych cieknie ślinka, natomiast po innych ma się co najwyżej zgagę. Jak jest w przypadku tego tytułu? Pora na degustację :-)


Na część oceny każdej potrawy składa się jej prezentacja na talerzu. Jak wiadomo w przypadku mojego oceniania gier wygląd też ma spore znaczenie. Pod tym względem Top Kitchen wypadło bardzo dobrze. Już podczas kampanii zwracałem uwagę na to jak ładnie prezentuje się pudełko ze stylowym logo, patelnią ze smażącymi się kawałkami jagnięciny, nożem i rozrzuconymi przyprawami. Po prostu wygląda to jakoś tak elegancko i miło się na to pudełko patrzy. W środku znajdziemy plansze "marketu", planszetki dla poszczególnych graczy, masę kart (karty menu, przypraw i akcji), drewniane znaczniki w kształcie czapek kucharzy, tekturowe monety, duuuużo małych kosteczek k6 reprezentujących składniki dania, podstawki na karty menu oraz rzecz najbardziej nietypową i wywołującą efekt WOW: plastikową patelnie. Tak jest to jedyna gra z własną patelnią :-)


Wszystko prezentuje się naprawdę dobrze i patrząc na grę w ogóle nie podejrzewamy że wydało ją raczkujące wydawnictwo. Nie obyło się jednak bez kilku drobnych wad. Moim największym zarzutem jest przede wszystkim ten nieszczęsny "market". W języku polskim jest dużo słów oznaczających targowisko. Przykładem może być choćby ryneczek, targ, bazarek, kiermasz, jarmark... market natomiast zdecydowanie nim nie jest. W międzyczasie dowiedziałem się od autora że jest to pozostałość po planowanej wersji międzynarodowej, ale mały niesmak wciąż pozostaje gdy patrzę na tę nazwę. Drugi zarzut to troszkę zbyt mało rysunków jedzenia w samej grze. Najbardziej oczywiście brakuje ich na kartach menu. Jest to jednak usprawiedliwione, jako że mogłaby na tym ucierpieć ich przejrzystość, a do tego zamówienie rysunków tylu potraw mogłoby podnieść cenę gry. Cała reszta wykonania stoi na bardzo wysokim poziomie i szczerze mówiąc już za sam wygląd należy się jakaś gwiazdka Michelin :-)


Teraz sprawdźmy na ile intuicyjny jest przepis tej potrawy, czyli przejdźmy do skrótu zasad. Te nie są zbyt trudne i generalnie bez trudu wytłumaczymy je każdemu, nawet raczkującym planszówkowiczom. Samo rozłożenie gry nie trwa zbyt długo. Każdy gracz otrzymuje planszetkę ze stanowiskiem do gotowania, rozkładamy plansze marketu, kładziemy znacznik rundy oraz znaczniki graczy na odpowiednich polach. Przygotowujemy talie kart menu i akcji w zależności od liczby graczy i kładziemy je obok głównej planszy razem z talią przypraw. Każdy otrzymuje pięć monet oraz 3 składniki uniwersalne (czarne kostki). Teraz możemy przejść do właściwej gry. Ta toczy się wg prostego schematu 3 faz:
  1. Organizacja - przesuwamy znacznik rundy, odrzucamy niewykorzystane w poprzedniej rundzie kostki, uzupełniamy składniki i karty przypraw na planszy marketu, dostajemy 15 monet, dobieramy 5 kart akcji oraz tworzymy menu naszej restauracji na tę rundę (otrzymujemy 5 potraw i musimy zachować przynajmniej 3 z nich).
  2. Zakupy - najpierw za pomocą klasycznej licytacji w ciemno decydujemy w jakiej kolejności gracze wybiorą się na targ. Następnie po kolei kupujemy składniki lub przyprawy zgodnie z cenami oznaczonymi na planszy. Na raz możemy zakupić maksymalnie 3 kostki tego samego typu. W dowolnym momencie tej fazy możemy rozbudować kuchnię za pomocą kart ulepszeń.
  3. Gotowanie - trzon gry, po kolei będziemy próbować gotować potrawy wylosowane z naszego menu przez przeciwników. W tym celu bierzemy wszystkie potrzebne nam składniki i rzucamy je na leżącą przed nami patelnię. Na karcie dania oznaczone zostało ile potrzebujemy oczek na kościach danego typu. W przypadku sukcesu na dowolnym kolorze, kładziemy wszystkie kości tego typu na kartę dania. Kolory które nie spełniły wymagań odkładamy z powrotem na planszetkę. Jeśli uda nam się ugotować potrawę, możemy dostać za nią punkty i pieniądze. Dodatkowo możemy dołożyć do niej pasującą przyprawę za dodatkowe punkty, a w przypadku kiedy na wszystkich potrzebnych do gotowania kościach jednego typu wypadną szóstki, otrzymujemy jedną monetę napiwku. Następnie przekazujemy patelnie kolejnemu graczowi. W momencie gdy dotrze ona ponownie do pierwszego gracza, wszyscy uczestnicy zabawy muszą przesunąć jedno nieprzygotowane danie w dół na swojej planszetce. Jeśli były już na trzecim, ostatnim rzędzie, odpadają z gry, a my tracimy cenne punkty prestiżu.
Gra toczy się w ten sposób przez 3 lub 4 rundy (w zależności od liczby graczy). Na koniec rozgrywki sumujemy punkty prestiżu zdobyte w trakcie gry, punkty z zainwestowanych kart, niewykorzystane przyprawy, aktywne ulepszenia kuchni i posiadane pieniądze (1 punkt za każde 3 monety). Oczywiście najlepszym szefem kuchni zostaje osoba, która uzbierała najwięcej punktów.


Przyszła wreszcie pora na ocenę walorów smakowych Top Kitchen. Jak widać zasady nie są wybitnie trudne, do tego zostały dość klarownie opisane w instrukcji. Jest to jednocześnie plus i minus. Gra jest łatwa i widać, że została skierowana raczej do początkującego gracza. Taką osobę bardzo łatwo zachęcimy do gry, zwłaszcza biorąc pod uwagę ciekawy temat i efektowne wykonanie komponentów. Jeśli zaś chodzi o graczy zaawansowanych, to niestety tutaj tytuł ma trochę mniej do zaoferowania. Po kilku grach zauważyłem że raczej nie jestem do końca grupą docelową tej planszówki. Nie oznacza to jednak że mi się nie podobała. Przede wszystkim bardzo dobre wrażenie zrobiła na mnie faza zakupów. Lubię licytację, a chyba właśnie najbardziej pasuje mi ta w ciemno, więc ocenianie ryzyka wypstrykania się z ciężko zarobionej gotówki przy jedoczesnym planowaniu zakupów było czymś akurat dla mnie. Wielki wyścig po składniki potraw też wypada bardzo dobrze. Nieco mniej pasowało mi samo gotowanie, jako że nie oszukujmy się, strasznie dużo zależeć będzie tu od szczęścia przy rzutach kośćmi. Jeśli kostki nie sprzyjają, istnieje szansa że nie uda Ci się ugotować żadnej potrawy podczas jednej rundy. Po takiej porażce już raczej nie da się pozbierać i musimy liczyć się z druzgoczącą porażką. Przyznaję że raz zdarzyła mi się taka sytuacja, połączona z wymierzonym we mnie incydentem - krytykiem kulinarnym... bolało bardzo.


A propos kart akcji... mimo tej niemiłej przygody z krytykiem, uważam że są sporym plusem. Ulepszenia pozwalają na budowanie malutkiego silniczka w grze, incydenty wprowadzają negatywną interakcję, desery bronią przed incydentami i pozwalają na dywersyfikowanie ryzyka zepsucia cennych potraw. Dodaje to sporo możliwości w tak prostej grze. Odrobinę jednak popracowałbym nad balansem karty tego nieszczęsnego krytyka lub wprowadził jakieś dodatkowe opcje obrony przed incydentami. Jednak tak naprawdę jedynym co mi przeszkadzało w Top Kitchen był czas gry. 3-4 rundy to po prostu trochę za długo jak na prostotę gry i pod koniec potrafi wkraść się w nią monotonia. Raczej wątpię czy będzie to wada również w gronie tzw. niedzielnych graczy, jednak ja oceniam grę pod swoim kątem.


Pora na szybkie podsumowanie. Top Kitchen to tytuł trochę słodko-kwaśny. Mamy tu do czynienia ze smakowitym tematem, pierwszorzędnym wykonaniem, połączonym z prostymi mechanikami. Sprawia to, że jako pozycja wprowadzająca nowe osoby w świat gier planszowych, sprawdzi się w zasadzie idealnie. Natomiast dla osób odrobinę bardziej zorientowanych w planszówkach może to być po prostu trochę za mało, zwłaszcza w połączeniu z dość długim czasem gry. Niemniej wciąż jest to ciekawy tytuł, zwłaszcza biorąc pod uwagę że jest to debiut wydawnictwa Quantum Games. Sprawia to że ja z apetytem będę wypatrywał ich kolejnej gry (której prototyp można już spotkać na niektórych konwentach)!

Miód:
+ Bardzo fajne wykonanie i elegancki design graficzny
+ Proste zasady
+ Karty akcji wprowadzają podstawy budowania silniczka i negatywną interakcję
+ Faza zakupów jest naprawdę przyjemna

Dziegieć:
- Rozgrywka jest dość długa i przez to potrafi się wkraść monotonia
- Za duży wpływ szczęścia na wynik gry
- Ten nieszczęsny "market"





Kamil Lazarowicz

Dziękuję wydawnictwu Quantum Games za udostępnienie gry










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz