slider

sobota, 18 marca 2017

Planet Defenders - recenzja

W naszej części świata z reguły najgłośniej jest o grach pochodzących z Europy i Ameryki. Poza kilkoma chlubnymi wyjątkami, raczej rzadko słyszy się o tytułach z Dalekiego Wschodu. Te wyjątki (np. List Miłosny czy niedawno recenzowane Hanamikoji) sprawiają jednak że warto od czasu do czasu rzucić okiem na pozycje wydawane w Japonii albo Tajwanie. Dlatego dzisiaj przyjrzę się grze Planet Defenders, wydanej przez EmperorS4, znanych z takich tytułów jak właśnie Hanamikoji czy Round House (recenzja również w planach). Przyznaję się bez bicia, że grę załatwiłem sobie raczej bez entuzjazmu jako zapychacz w paczce z pozostałymi dwoma. Czy moje przeczucie było trafne? A może trafiłem na kolejną dalekowschodnią perełkę? Zapraszam do lektury.


Niewielkie pudełko z dość ładną grafiką i charakterystycznym dla wydanych przez EmperorS4 grzbietem, mieści w sobie sporo porządnie wykonanych kart, 9 tekturowych kafli lokacji, 3 dwustronne płytki komend, 3 tekturowe robociki (tytułowi obrońcy), drobne żółte kostki baterii oraz całą masę wielgachnych (wielkość standardowej kostki k6!) kostek energii w trzech kolorach. Do tego instrukcja w kilku językach (w tym angielski). Całość okraszona przyjemnymi dla oka rysunkami autorstwa Maisherly, znanej z bardzo ładnej oprawy graficznej w Hanamikoji. Co prawda styl obrazków w Planet Defenders jest zupełnie inny niż w grze o Gejszach ale dalej dość udany. Całość została narysowana nieco bardziej familijnie, planety są kolorowe, a roboty wyglądają sympatycznie. Na uznanie zasługuje też bardzo czytelna ikonografia na kartach i kaflach. Jedyne na co można ponarzekać, to fakt że podczas tłumaczenia instrukcji na język angielski, wkradły się tu drobne błędy. Na szczęście nie jest to nic istotnego, a wydawca dołożył do pudełka niewielką erratę. Coby było zabawniej errata poprawia również nazwisko proof readera (ma za swoje za niedokładne sprawdzenie tekstu ;-) ). Tak czy siak jest to bardziej humorystyczna anegdotka niż prawdziwy minus :-)


Przejdźmy zatem do krótkiego opisu zasad. Te nie są zbyt skomplikowane, a do tego instrukcja opisuje je w sposób bardzo przejrzysty i jasny. Kładziemy na środku płytkę bazy, a następnie dookoła niej w losowy sposób rozkładamy kafle planet. Tasujemy karty robotów i ulepszeń. Pierwsze kładziemy w stertach po pięć na czterech bokach naszego małego kosmosu i odsłaniamy pierwszą z każdej talii. Drugie natomiast kładziemy w zasięgu graczy i wykładamy odsłonięte cztery wierzchnie. Dzielimy zasoby na kolory, kładziemy trzy płytki komend na dowolnej stronie. Obrońcy lądują na polu bazy i możemy już zaczynać. Gra swoimi założeniami przypomina trochę Istambuł i Pingwiny z Madagaskaru.


Będziemy poruszać obrońców a następnie korzystać z dostępnych na kaflach akcji. Różnica polega na tymże wszyscy będziemy poruszać tymi samymi robotami, za pomocą płytek komend. Dodatkowo obrońcy nie mogą wchodzić na zajęte pola i poruszać się o mniej niż nakazuje komenda. W swojej turze możemy zrobić to dwa razy (za pierwszy płacimy jedną baterię, za drugi dwie). Dodatkowo na koniec tury możemy zakupić kartę ulepszenia albo schwytać zbiegłego robota (płacąc za niego energią) za co dostaniemy bonus w postaci kostek i punkty na koniec gry. Sterta z której możemy złapać robota, jest zależna od miejsca w którym stoją używani przez nas w tej turze obrońcy. Przykład: żeby schwytać robota leżącego po lewej stronie, musimy posiadać obrońce na jednym z trzech kafli po lewej stronie lub na środkowym kaflu - bazie. Cały myk polega na tym aby kończyć ruchy w odpowiednim miejscu i jednocześnie na takich planetach, które dadzą nam odpowiednie zasoby do złapania robota. Jeśli na dodatek utrudnimy w ten sposób zamierzone zadanie następnego gracza, tym lepiej dla nas. Zakupione przez nas karty ulepszeń mogą wpływać w zasadzie na każdy aspekt rozgrywki. Niektóre pozwalają nam chwytać zbiegłe roboty taniej, inne dadzą nam dodatkowe baterie, a jeszcze kolejne pozwolą nam poruszać się obrońcą o jedno pole dalej. Zamiast wykonywania ruchu możemy też odpocząć i zdobyć trzy baterie. Po skończonej turze odwracamy użyte przez nas płytki komend i przychodzi kolej następnego gracza. W momencie gdy wyczerpią się dwa stosy kart robotów, gramy do momentu aż przyjdzie tura pierwszego gracza. Gra kończy się a my liczymy punkty za roboty, za posiadane karty ulepszeń oraz za różnorodność schwytanych zbiegów.


Gra na pierwszy rzut oka wydaje się dość banalna ale muszę przyznać że w tej prostocie jest metoda. Wbrew pozorom jest tu całkiem sporo kombinowania. Przez całą grę trzeba się śpieszyć. Korzystanie z tych samych obrońców i dwustronne ciągłe obracanie płytek komend sprawia że mamy bezpośredni wpływ na turę następnego gracza, co dodaje sporo głębi tej małej grze. Planet Defenders chodzi dobrze przy każdej liczbie graczy, chociaż odnoszę wrażenie, że w przypadku rozgrywki dwu i trzyosobowej nieco łatwiej jest nam planować niż przy czterech osobach. Tytuł oferuje sporo zarówno graczom rodzinnym jak i tym nieco bardziej zaawansowanym, chociaż dla tych drugich będzie to raczej dłuższy filler. Czas rozgrywki pokrywa się z pudełkowymi 60 minutami i raczej trudno tu o jakieś większe paraliże. Jako że jest to raczej abstrakcyjna gra logiczna, to nie wyczujemy tu zbyt wiele klimatu i zamiast łapać roboty, równie dobrze moglibyśmy polować na kangury, ale temat kosmosu jest jednak przyjemniejszy, zwłaszcza w połączeniu z miłymi dla oka obrazkami. W rozgrywce pojawia się odrobina losowości w postaci kart oraz kafla planety z "Pustynnym Kasynem", gdzie to jakie surowce otrzymamy, zależy od rzutu kostką. Na szczęście nie jest do losowość drażniąca, a do tego w ciągu gry możemy w zasadzie nie korzystać ani razu z kasyna, jeśli nie chcemy zdawać się na łut szczęścia. Jeden ze współgraczy zwrócił mi podczas rozgrywki uwagę na jego zdaniem zbyt silną planetę pozwalającą za cenę jednej baterii i dowolnej energii otrzymać wszystkie trzy energie. Na szczęście limit pięciu energii we własnych zasobach i różne wymagania do łapania robotów sprawiały, że pole nie było nadużywane i koniec końców okazało się całkiem nieźle zbalansowane.


Ostatecznie oceniam Planet Defenders, jako grę bardzo przyjemną. Nie jest to może tytuł, który musi znaleźć się na każdej półce, ale naprawdę warto dać mu szansę. Jest to jedna z tych niepozornych, prostych gier, która po poznaniu może okazać się prawdziwą perełką w kolekcji. Na chwilę obecną, jak większość gier tego wydawnictwa, pozostaje dość trudna do zdobycia, ale z racji coraz większego zainteresowania tytułami z dalekiego wschodu może doczekamy się jej kiedyś na sklepowych półkach. Ja cieszę się z jej zdobycia i pozostawiam ją sobie na półce!

Plusy:
+ Proste i logiczne zasady
+ Dobre skalowanie
+ Krótki czas gry
+ Przyjemny temat i oprawa graficzna
+ Poruszanie wspólnych obrońców i obracanie płytek komend dodaje grze głębi
+ Zarówno dla graczy rodzinnych jak i trochę bardziej zaawansowanych (jako filler)

Minusy:
- Słabo dostępna


Kamil Lazarowicz

Dziękuję wydawnictwu EmperorS4 Games za udostępnienie gry








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz